22 listopada 2018

Kobieta zmienną jest

Brak komentarzy:
 

Przechodziłam przez różne techniki rękodzielnicze. Zaczynając od wyrobu własnej biżuterii przez dekupage, wszelkiej maści zabawy z papierem i wiele innych aż pewnego dnia stwierdziłam, że co za dużo to niezdrowo.

Przeskakiwałam z techniki na technikę i tak naprawdę sama nie wiedziałam czego chcę. Niby to co robiłam sprawiało mi radość ale w końcu zaczęła mnie przytłaczać ilość rzeczy potrzebnych do tych wszystkich moich "robótek". W każdym koncie domu było coś upchane. Nie zawsze miałam też czas na te wszystkie moje zrywy hobbistyczne więc te rzeczy dodatkowo męczyły moją psychikę, bo leżały a ja nic z nimi nie robiłam.
Z drugiej strony odzywała się moja natura chomika - niech leży w końcu się przyda - I wiecie co? nie przydawało się albo przydawało sporadycznie. Dlatego pewnego dnia podjęłam męską decyzję i stwierdziłam, że muszę wybrać jeden kierunek.

Mniej więcej w 2012 roku zaczęłam wchodzić w świat dziewiarski. Wcześniej robiłam jakieś małe formy na szydełku ale to druty zaczęły mnie fascynować. I jakoś tak drogą naturalnej selekcji na podium zostały właśnie druty i szydełko. Zaczęłam się tylko bać mojego słomianego zapału. Szybko się jednak przekonałam, że w tym wypadku mi to nie grozi. Druty zawładnęły mną totalnie.
Słabość do odkrywania nowych technik jednak cały czas się we mnie tliła i wiedziałam, że wcześniej czy póżniej da o sobie znać. Dogadałam się jednak z nią i ustaliliśmy zasadę, że jeżeli już będę chciała spróbować czegoś nowego to będzie to musiało być w rejonie około drutowo - włóczkowym.

Trzymając się powyższej zasady spróbowałam swoich sił z farbowaniem wełny. Było to miłe doświadczenie ale jak narazie nie czuję potrzeby by zagłębiać się bardziej w to zagadnienie. O moich farbiarskich poczynaniach możecie poczytać tutaj - klik-

Kolejną rzeczą w zgodzie z moim postanowieniem był kołowrotek. Dostałam go, a dokładnie ją bo na imię jej Sonata, trzy lata temu na urodziny. Miesiąc później pojechałam do Poznania na warsztaty z przędzenia. Spodobało mi się. Może nie jestem jakoś bardzo zaawansowana w tej dziedzinie, bo jednak jest to moja odskocznia od drutów, to jestem bardzo zadowolona z tego co wychodzi spod mych palców.
Nie dla mnie wszystkie YarnArty (czyli takie przędzenie aby włóczka miała dużo nierówności i guzełków). W swoim przędzeniu dążę do tego aby moja niteczka wychodziła jak najbardziej równa i cieniutka. Ja jest z frakcji cienizn :D

Dzisiaj właśnie chciałabym wam pokazać co jakiś czas temu zeszło z mojego kołowrotka a następnie wskoczyło na druty.

Dostałam od koleżanek (koleżanki dziergające więc możecie sobie popatrzeć na ich twórczość - klik -) w prezencie urodzinowym piękną czesankę. 100% merino w cudnych kolorach. Zaczęłam ją prząść z tą myślą, że będę chciała zdublować nitki więc zależało mi, żeby uprząść dosyć cienko, żeby po zdublowaniu nie wyszedł mi tego mega grubasek. Ostatecznie wyszła grubość idealna na druty nr 6 więc to już moja górna granica jeśli chodzi o rozmiar drutów. Nie lubię dziergać na grubszych.


Jak widzicie włóczka sama w sobie już daje piękny efekt więc nie chciałam jej przytłaczać skomplikowanym wzorem, który pewnie i tak by się zgubił w tej ferii barw.
Wybrałam prostą czapkę, którą zrobiłam wg wzoru Joli Mazurek - Jolę znajdziecie na YouTube - klik - a do kompletu zrobiłam szyjogrzej.





Dane techniczne:
Wzór czapki -  Czapka Beanie
Druty - nr 6
Wzór szyjogrzeja - Flying solo
Druty - nr 6

Pozdrawiam cieplutko
Monia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
Obsługiwane przez usługę Blogger.